Jesteś potrzebny innym. Kliknij na "Dołącz do grona modlących" i poznaj zasady Modlitwy Wstawienniczej. Przemyśl, zapragnij i odpowiedzialnie podejmij posługę modlitewną. Zapraszamy.

__________________________________________

__________________________________________

05.06.2016

"Młodzieńcze, tobie mówię wstań!" (Łk 7, 14)


  W dzisiejszej Ewangelii Kościół zaprasza nas do medytacji nad tajemnicę Boga Dawcy i Pana życia, który w swoim Jednorodzonym Synu, przywraca życie tam, gdzie dotąd panowała śmierć. To nowe życie jest darem paschalnym, który możemy otrzymać jedynie wówczas, kiedy z wiarą przyjmiemy łaskę płynącą z krzyża Zbawiciela. Największą zaś łaską jest ta, która cierpienia, jakich nie szczędzi nam codzienność, niejako włącza w krzyż Zbawiciela, przez co nasze życie, ukryte w Chrystusie, staje się coraz bardziej życiem dzieci Bożych. Jeżeli z pokorą i całkowitym zawierzeniem Bożej Opatrzności przyjmiemy tę łaskę, będziemy mogli powiedzieć na wzór św. Pawła: „Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1, 24).

   Dzisiejsza perykopa otwiera się słowami: „Wkrótce potem udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki” (Łk 7, 11). Ewangelista odnosi się do historii uzdrowienia sługi setnika w Kafarnaum (por. Łk 7, 1-10). Zadziwiony pokorą i wiarą rzymskiego żołnierza, Jezus uwolnił, na odległość, sługę poganina, odpowiadając na jego prośbę: „Lecz powiedz słowo, a mój sługa będzie uzdrowiony” (Łk 7, 7). W ten sposób św. Łukasz pokazuje nam, że słowo Tego, który sam jest Słowem, ma moc uzdrawiania. W opowieści o wskrzeszeniu syna wdowy z Nain Ewangelista idzie krok dalej i pokazuje nam, że to słowo Boga wcielonego jest potężniejsze nie tylko od choroby, ale również samej śmierci, do której choroba wiedzie. Tu bezpośrednią beneficjentką Bożego działania jest osoba, która nagle znalazła się w bardzo ciężkiej sytuacji i mogła wkrótce zostać pozbawiona środków do życia. Wdowy bowiem, szczególnie te, które nie miały najbliższej rodziny, mogącej się nimi zaopiekować, zdane były na dobroczynność publiczną, a z tą bywało różnie.

  Ewangelista pisze, że „Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego - jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta” (Łk 7, 12). Można powiedzieć, że w bramie miasta Nain spotkały się dwa „orszaki”: orszak Życia, na którego czele szedł Jezus i orszak śmierci, prowadzony, zgodnie z ówczesną tradycją pogrzebową, przez matkę zmarłego. Na swój sposób mogą one stanowić pewną antycypację innych dwóch procesji, w których centrum znajdzie się nasz Zbawiciel: procesja radości, która wśród entuzjastycznego „Hosanna!” wprowadzi Pana Jezusa do Jerozolimy (por. Łk 19, 29-40) i procesja boleści, którą była droga krzyżowa ubiczowanego Chrystusa (por. Łk 23, 26-32). Wraz ze Wcieleniem Słowa, Bóg wszedł w ludzką rzeczywistość, pełną tak radości, jak i smutku; życia i śmierci, jak nas naucza Sobór Watykański II w Encyklice „Gaudium et spes”: „On, Syn Boży, przez wcielenie swoje zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem. Ludzkimi rękoma pracował, ludzkim myślał umysłem, ludzką działał wolą, ludzkim sercem kochał, urodzony z Maryi Dziewicy, stał się prawdziwie jednym z nas, we wszystkim do nas podobny oprócz grzechu” (Ges, 22). Jezusowi nie było zatem obce cierpienie spowodowane utratą bliskiej osoby. Z całą pewnością musiał doświadczyć utraty prawnego opiekuna i ziemskiego ojca,  św. Józefa. Poza tym, współcześni Jezusowi ludzie żyli w klanach, dużych rodzinach, co zwiększało szanse na przeżycie w ówczesnych, niebezpiecznych czasach. Stąd wiemy o „braciach” Zbawiciela, którzy prawdopodobnie byli Jego kuzynami. Jeśli weźmiemy pod uwagę dużą śmiertelność wśród ludności, to Jezus musiał być świadkiem niejednej śmierci w swojej bliższej i dalszej rodzinie. Tym niemniej, Pan nigdy nie „oswoił się”  ze śmiercią i cierpiał z powodu śmierci bliskich Mu osób, jak również wówczas, gdy widział cierpienie swoich przyjaciół . Św.  Jan w następujący sposób opisuje spotkanie Pana z Marią, siostrą niedawno zmarłego Łazarza: „Gdy więc Jezus ujrzał jak płakała ona i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: «Gdzieście go położyli?» Odpowiedzieli Mu: «Panie, chodź i zobacz!». Jezus zapłakał. A Żydzi rzekli: «Oto jak go miłował!»” (J 11, 33-37).

  Mimo, że nie znana nam z imienia wdowa była obca Jezusowi, właśnie w duchu Jego wielkiego człowieczeństwa, które objawiało się w głębokim współczuciu dla wszystkich cierpiących, a szczególnie dla tych najbardziej bezradnych i opuszczonych, owych „ostatnich”, którzy w Jego oczach zawsze byli „pierwszymi”, należy interpretować to brzemienne w skutki spotkanie. W wspomnianej wcześniej procesji radości pojawił się wątek boleści, która znajdzie swój pełen wyraz w zniszczeniu Jerozolimy i śmierci dziesiątków tysięcy rodaków Jezusa w 70 roku. „Gdy był już blisko, na widok miasta zapłakał nad nim” (Łk 19, 41). Co istotne, o tym samym cierpieniu, Jezus mówił, podczas swojej drogi krzyżowej do kobiet, które wkrótce stać się miały wdowami: „A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: "Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły". Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?»” (Łk 23, 27-31). Jezus, który widział cierpienie swojej Matki z powodu śmierci Józefa, i który z pewnością zdawał sobie sprawę  z niewypowiedzianego cierpienia, jakie przyjdzie jej doświadczyć pod krzyżem jej jedynego Syna, mógł w szczególny sposób spojrzeć na cierpienie innej matki, która wcześniej straciła męża, a teraz grzebała swojego jedynaka.

  Reakcja Mistrza z Nazaretu na cierpienie wdowy jest wyrazem nieskończonej miłości Boga do człowieka: „Na jej widok Pan (Kyrios) użalił się (gr. esplanchnisthe) nad nią i rzekł do niej: «Nie płacz!» Potem przystąpił, dotknął się mar - a ci, którzy je nieśli, stanęli - i rzekł: «Młodzieńcze, tobie mówię wstań!» Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce” (Łk 7, 13-15). Św. Łukasz posługuje się tutaj tytułem „Pan”, który dla pierwszych chrześcijan był wyrazem wiary w bóstwo Jezusa, oraz czasownikiem „splagchnizomai’, który oznacza: być poruszonym wewnętrznie, w tym sensie, że komuś zadrżały trzewia, co w przenośni oznacza: doświadczyć głębokiego współczucia. W Ewangelii św. Łukasza to wyrażenie występuje trzy razy. Pierwszy raz w cytowanym powyżej opisie wskrzeszenia syna wdowy z Nain; drugi raz w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie: „Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko (gr. esplanchnisthe): podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.” (Łk 10, 33-34); trzeci raz w przypowieści o synu marnotrawnym: „A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko (gr. esplanchnisthe); wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go „(Łk 15, 20). Tej współczującej miłości Boga, która objawia się w słowie i czynie Pana Jezusa, zawsze towarzyszy konkretne działanie, które szokuje słuchaczy i obserwatorów swoją spontanicznością i nieliczeniem się z ludzkimi stereotypami: Samarytanin zaopiekował się Żydem, mimo, że ten ostatni być może, jak jego pobratymcy, nienawidził i gardził Samarytanami, z resztą ze wzajemnością; miłosierny ojciec rzucił się na szyję niegodziwego potomka, ucałował go i przywrócił mu jego synowską godność. W opowieści o wskrzeszeniu młodzieńca z Nain, Jezus, widząc płaczącą wdowę, zatrzymał kondukt żałobny, co już samo w sobie było zachowaniem nagannym, po czym wydał jej polecenie, które mogłoby się wydawać bezduszne, a następnie dotknął mar, co według Prawa powodowało zaciągnięcie nieczystości rytualnej: „Kto się dotknie zmarłego, jakiegokolwiek trupa ludzkiego, będzie nieczysty przez siedem dni” (Lb 19, 11). Dotykając otwartych mar, Jezus zaciągnął taką samą nieczystość, jakby dotknął bezpośrednio zwłok. W judaizmie to był najgorszy rodzaj nieczystości rytualnej, na który decydowali się jedynie najbliżsi zmarłego, do których należał obowiązek obmycia i namaszczenia ciała. W ten sposób Jezus nie tyle daje wyraz swojego lekceważenia dla Prawa, ile raczej podkreśla prawdę, że to właśnie miłość miłosierna jest najwyższym Prawem, bez którego wszystkie inne nakazy stają się jedynie balastem, utrudniającym życie ludzi i deformującym obraz Boga, który jest Miłością.

  Dotykając zwłok młodzieńca, Jezus niejako wszedł w bezpośrednią relację z całym cierpieniem tego świata i śmiercią – następstwami grzechu. Z pewnością Pan mógłby wskrzesić mężczyznę z Nain swoim słowem, czemu dał dowód uzdrawiając sługę setnika i wskrzeszając Łazarza. Jednak w tym przypadku postąpił inaczej: słowu życia towarzyszył gest, który według ludzkiego Prawa zaraża śmiercią duchową, czyniąc człowieka nieczystym, a według Prawa Bożego niesie życie całemu człowiekowi, jego duszy i ciału. Dotykając zmarłego Pan rzucił wyzwanie temu, który jest pierwotną przyczyną śmierci – diabłu. Jezus wziął na siebie niewierność wszystkich ludzi. Ten, który jest bez grzechu, obarczył się każdym grzechem jaki kiedykolwiek został, jest i będzie popełniony do końca świata; zaniósł na krzyż wszystkie nasze nieprawości i tam stoczył z Szatanem walkę, której stawką było zbawienie wszystkich ludzi, jak pisze św. Piotr w swoim pierwszym liście: „On sam, w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo, abyśmy przestali być uczestnikami grzechów, a żyli dla sprawiedliwości - Krwią Jego ran zostaliście uzdrowieni” (1 P 2, 24). Gest Jezusa można jednocześnie czytać jako oznakę czułości, swoisty akt wdzięczności wyrażony wobec tych kobiet, które nie bacząc na rytualną nieczystość pośpieszą z wonnymi olejkami do grobu, aby oddać swemu ukochanemu Nauczycielowi ostatnią posługę (por. Łk 24, 1), oraz za cierpienia wszystkich matek męczenników, które niejako skupiło się i najwymowniej wyraziło w cierpieniu Matki Boleściwej.

  Mimo, że miał przed sobą zwłoki mężczyzny, Jezus zwrócił się do niego, jakby budził żywą osobę, w sposób nie znoszący sprzeciwu, a jednocześnie delikatny: „Młodzieńcze, tobie mówię wstań!” (Łk 7, 14). W analogiczny sposób przebiegło również wskrzeszenie córki Jaira, które rzuca światło na tajemnicę wskrzeszenia: „On zaś ująwszy ją za rękę rzekł głośno: «Dziewczynko, wstań!» Duch jej powrócił, i zaraz wstała” (Łk 8, 54). Wskrzeszenie jest natychmiastowe i całkowite, o czym świadczy opis zachowania młodzieńca: „Zmarły (gr. nekros) usiadł i zaczął mówić” (Łk 7, 15). Św. Łukasz, chcąc rozwiać wszelkie wątpliwości czytelników swojej Ewangelii, w tym współczesnych egzegetów, pisze nam, że to właśnie „zmarły”, a nie osoba chora, czy pogrążona w głębokim śnie albo śpiączce,  usiadł, posłuszny słowu Boga i nawiązał kontakt z otaczającymi go, zdumionymi ludźmi. Każdy cud wykonany przez Jezusa, czy to panowanie nad prawami natury, egzorcyzm, uzdrowienie, czy wskrzeszenie, jest doskonałym wyrazem pragnienia Boga wejścia w relację z człowiekiem, która w sposób niewyobrażalny przewyższa pierwotną przyjaźń jaka łączyła Go z Adamem. W Chrystusie bowiem wszyscy otrzymujemy nowe życie, które w pełni objawi się na końcu świata, kiedy Pan przyjdzie sądzić żywych i umarłych, a nasze ciała zmartwychwstaną na podobieństwo jego Zmartwychwstania.

  Jezus „oddał go jego matce” (Łk 7, 15). Ona jest pierwszą beneficjentką miłosierdzia Bożego. Nad nią ulitował się Zbawiciel i dla niej wskrzesił młodzieńca, któremu nakazał wstać i wrócić do swoich obowiązków względem matki. To wskrzeszenie było darem dla wdowy i matki, która symbolizuje Izraela. Bóg kocha swój naród, nigdy go nie opuścił i pragnie jego zbawienia. Dla ocalenia narodu wybranego wydał swojego umiłowanego syna, aby wyrwał go z niewoli tysiąckroć bardziej niebezpiecznej i upokarzającej od rzymskiej okupacji: niewoli, w jaką wpycha człowieka grzech. Jezus wskrzeszając młodzieńca pokazał Żydom, którzy szli za Nim, oraz tym, którzy wraz z wdową oddali się rozpaczy w swojej bezsilności, że: „Pan jest wierny we wszystkich swych słowach i we wszystkich swoich dziełach święty. Pan podtrzymuje wszystkich, którzy padają, i podnosi wszystkich zgnębionych” (Ps 145, 13-14). Kiedy naród wybrany odrzucił dar zbawienia stało się ono udziałem pogan, jak głosił o Chrystusie św. Piotr w swojej mowie przed Sanhedrynem: „On jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się głowicą węgła” (Dz 4, 11). Właśnie na wierze w Chrystusa zbudowany został Kościół, jego Oblubienica, który w św. Janie Ukrzyżowany „dał” innej Matce, wolnej od grzechu pierworodnego Dziewicy, najdoskonalszemu stworzeniu Bożemu: „Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie” (J 19, 26-27). Dzięki temu w Maryi zyskaliśmy Mamę i potężną orędowniczkę.

   Św. Jan Paweł II w następujących słowach komentuje w Encyklice Redemptoris Mater to ewangeliczne wydarzenie: „Niewątpliwie trzeba widzieć w tym wydarzeniu wyraz szczególnej troski Syna o Matkę, którą pozostawiał w tak wielkiej boleści. Jednakże o znaczeniu tej troski Chrystusowy „testament z Krzyża” mówi więcej. Jezus uwydatnia nową więź pomiędzy „Matką” a „Synem”. Ta więź zostaje uroczyście potwierdzona w całej swojej prawdzie i rzeczywistości. Można powiedzieć, że — o ile uprzednio macierzyństwo Maryi względem ludzi było już zarysowane — w tej chwili zostaje ono wyraźnie określone i ustanowione: wyłania się zaś z całej dojrzałości paschalnej Tajemnicy Odkupiciela. Matka Chrystusa, znajdując się w bezpośrednim zasięgu tej tajemnicy, która ogarnia człowieka — każdego i wszystkich — zostaje dana człowiekowi każdemu i wszystkim — jako Matka. Tym człowiekiem u stóp Krzyża jest Jan, „uczeń umiłowany”. Jednakże nie tylko on jeden. Zgodnie z Tradycją Sobór nie waha się nazywać Maryi Matką Chrystusa i Matką ludzi: jest Ona bowiem „złączona z wszystkimi ludźmi (...) pochodzeniem z rodu Adama, a co więcej, jest «zgoła matką członków (Chrystusowych; ...) ponieważ miłością swoją współdziałała, aby wierni rodzili się w Kościele»”. Tak więc, to „nowe macierzyństwo Maryi”, zrodzone przez wiarę, jest owocem „nowej” miłości, która ostatecznie dojrzała w Niej u stóp Krzyża, poprzez uczestnictwo w odkupieńczej miłości Syna” (RM, 23).

  Reakcja świadków cudu Jezusa była niezwykle wymowna: „A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: «Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój». I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie” (Łk 7, 16-17). To połączenie lęku wobec ewidentnego działania Boga i uwielbienia Stwórcy za Jego dobroć nawiązuje do zachowania Żydów, którzy byli świadkami odzyskania mowy przez Zachariasza, tuż po narodzeniu proroka Jana Chrzciciela: „Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: «Jan będzie mu na imię». I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło” (Łk 1, 62-65). Obecni przy wskrzeszeniu młodzieńca Żydzi uznali Jezusa za „wielkiego proroka”, z pewnością mając na uwadze historię wskrzeszenia przez proroka Eliasza syna pewnej wdowy, opisaną w Pierwszej Księdze Królewskiej (por. 1 Krl 17,17-24). To, czego zdawali się nie zauważać to fakt, że prorok Eliasz, nazywany Mężem Bożym, nie uczynił żadnego cudu „z siebie”: on błagał Najwyższego o wyświadczenie mu tej łaski. Tymczasem Jezus nie prosi Ojca o cud, lecz sam wypowiada słowo mające moc przywrócenia życia, sprawienia, że duch osoby zmarłej, posłusznie powraca do ciała (por. Łk 8, 54). Jedność Ojca i Syna i Ducha Świętego jest tak doskonała, że Jezus „tylko” wypowiada dziękczynienie, choć tu również na Jego rozkaz Łazarz powraca do życia, a procesy gnilne ulegają odwróceniu: „Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: «Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał». To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!» I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: «Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić!»” (J 11, 41- 44). W ten sposób Jezus ukazuje nam, że nie jest „wielkim prorokiem”, na jakiego czekali Żydzi, martwiąc się, że zostali opuszczeni przez Boga, jak czytamy w Psalmie 74: „Już nie widać naszych znaków i nie ma proroka; a między nami nie ma, kto by wiedział, jak długo, jak długo, Boże, będzie urągał nieprzyjaciel? Czy wróg na zawsze będzie bluźnił Twemu imieniu?” (Ps 74, 9-10), lecz oczekiwanym Mesjaszem i „Bogiem z Boga”, jak to wyraził św. Piotr: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego” (Mt 16, 16). 

                                                                          Arek

Liturgię słowa z dzisiejszej niedzieli znajdziemy pod linkiem:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli nie chcesz być osobą anonimową odpowiadając na wpis, kliknij na: "Komentarz jako", wybierz "nazwa/adres URL" i wpisz swoje imię. To jest również, taka prośba z naszej strony.