Jesteś potrzebny innym. Kliknij na "Dołącz do grona modlących" i poznaj zasady Modlitwy Wstawienniczej. Przemyśl, zapragnij i odpowiedzialnie podejmij posługę modlitewną. Zapraszamy.

__________________________________________

__________________________________________

06.03.2016

"ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się" (Łk 15, 24)

   

  Przypowieść o synu marnotrawnym, którą Kościół proponuje nam na IV Niedzielę Wielkiego Postu, jest w istocie przypowieścią o ojcu miłosiernym – cudownym obrazem Boga namalowanym słowami przez Jego Umiłowanego Syna, który wkrótce prawdę, że Bóg jest Miłością objawi jeszcze bardziej wymownie: oddając za nas życie na krzyżu. Z autentycznego doświadczenia Bożego miłosierdzia rodzi się radość paschalna i pewność, że umarli w Chrystusie, razem z nim zmartwychwstaniemy.

  Przypowieść o miłosiernym ojcu jest jedną z trzech, po przypowieści o zabłąkanej owcy i zagubionej monecie, w których Jezus mówi o bezwarunkowej, niezgłębionej miłości Boga do człowieka, Jego tęsknocie za każdym, kto się od Niego oddalił i radości z naszego nawrócenia. Bardzo wymowny jest kontekst, w jakim Pan je opowiadał: „Zbliżali (engizontes) się do Niego wszyscy (pantes) celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: «Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi»” (Łk 15, 1-2). Dobra Nowina, którą głosił Jezus zaczęła wydawać swoje owoce w sercach tych, którzy z różnych przyczyn, odeszli od Boga i trwali w grzechu. Dotąd tacy ludzie byli wykluczeni z nabożeństw, a prawowiernym Żydom, jak czytamy choćby w księdze Przysłów, nie godziło się przebywać w ich towarzystwie, gdyż było to początkiem nieszczęścia i nie podobało się Najwyższemu: „Kto z mądrym przestaje - nabywa mądrości, towarzysz głupców poniesie szkodę. Nieszczęście pędzi za grzesznikami, a szczęście nagrodą dla prawych” (Prz 13, 20-21).
W konsekwencji, ludzie uważani za grzeszników, szczególnie celnicy wysługujący się rzymskiemu okupantowi, często krzywdząc okrutnie swoich rodaków, byli odrzucani i napiętnowani na równi poganami, jako nieczyści i źródło nieczystości. Mówiono im, że nie ma dla nich ratunku i że Bóg odwrócił od nich swe oblicze, rezerwując swoje błogosławieństwo dla „prawowiernych” i „moralnie nienagannych” Żydów, którzy szczycili się wiernym przestrzeganiem przykazań otrzymanych przez Mojżesza i nakazów tradycji, jakie sobie ustanowili, często przedkładając je nawet nad te pierwsze.

  Dla Jezusa taka sytuacja była nie do przyjęcia. Nie mógł On pozwolić, aby ktokolwiek zawłaszczył i zniekształcał na własny użytek prawdę o Jego Ojcu. Głosił, że Bóg kocha każdego człowieka nie ze względu na jego wierność Prawu, ale dlatego, że On jest Miłością, która „sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5, 45). Na miłość Boga nie można zasłużyć, lecz jedynie można ją przyjąć, otworzyć się na oczyszczające i uświecające działanie Ducha Świętego i wydać owoc autentycznego nawrócenia, który jest ostatecznie posłuszeństwem powołaniu – przykazaniu Jezusa: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5, 48), wyrażającym się konkretnie w miłości każdego człowieka: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie ” (Mt 5, 44-45). Do Syna Ojca naszego garnęli się wszyscy grzesznicy, ponieważ czuli, że On kocha ich bezwarunkowo: w Jego miłości, będącej objawieniem miłości Boga, odnajdywali utraconą godność i siłę do powstania ze swoich grzechów oraz zerwania więzów, które czyniły z nich niewolników Złego. Jego słowo ma bowiem moc, o której dają świadectwo uczniowie z Emaus: „Czy serce nie pałało (gr. kaiomene, dosłownie: płonęło) w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?» (Łk 24, 32). Ten ogień, o którym mówił Jezus: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął” (Łk 12, 49), właśnie zaczął ożywiać serca wszystkich celników i grzeszników, ponieważ nie istnieje grzech, który ostałby się wobec rozpalającej mocy Ducha Świętego, poza tym jednym, który polega na uporczywym stawianiu oporu Bożemu miłosierdziu i odrzucaniu Jego przebaczenia.

  W takiej właśnie, tragicznej sytuacji znajdowali się faryzeusze i uczeni w Piśmie. Jezus słyszał ich „szemranie” i do nich przede wszystkim zwrócił się  słowami przypowieści o synu marnotrawnym. Do tych zatwardziałych oponentów Jezusa zdają się bowiem być skierowane były słowa Psalmisty: „Obyście usłyszeli dzisiaj głos Jego: Nie zatwardzajcie serc waszych jak w Meriba, jak na pustyni w dniu Massa, gdzie Mnie wasi przodkowie wystawiali na próbę i doświadczali Mię, choć dzieło moje widzieli” (Ps 95, 7-9). Jezus pragnie, aby oni również usłyszeli Dobrą Nowinę i pozwolili, by Duch Święty obdarzył ich łaską wiary i rozpalił ich serca autentyczną miłością do Boga i bliźniego.

  Dzisiejsza przypowieść rozpoczyna się opisem wielkiego grzechu i skrajnej niewdzięczności: „«Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: "Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada". Podzielił więc majątek (gr. bios; dosłownie życie, środki do życia) między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek” (Łk 15, 11-14). Postępowanie młodszego syna jest niewyobrażalnie naganne i nieakceptowalne dla Żydów. Owszem, według ówczesnego prawa należała mu się dwukrotnie mniejsza część majątku w stosunku do starszego brata, ale dopiero po śmierci ojca! Żądanie wydzielenia części majątku jeszcze za jego życia było podważeniem uświęconych przez Boga relacji między dzieckiem a rodzicami, które Pan zawarł wśród dziesięciu najważniejszych przykazań: „Czcij ojca swego i matkę swoją, aby długo trwały twoje dni w ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie” (Wj 20, 12). Tymczasem młodszy syn miał za nic Boże przykazania i zwykłą ludzką przyzwoitość: potraktował ojca, jakby ten był dla niego już martwy i w ten sposób wszedł na ścieżkę wiodącą ku śmierci.

  U podstaw jego upadku leży pragnienie samowystarczalności, oraz iluzoryczne przekonanie, że relacja uległości wobec ojca jest źródłem zniewolenia i nieszczęścia. Jest to wierne odzwierciedlenie upadku pierwszych rodziców, z mechanizmami kuszenia węża, które na wieki pozostały niezmienne, być może dlatego, że są tak skuteczne: „Niewiasta odpowiedziała wężowi: «Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli». Wtedy rzekł wąż do niewiasty: «Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło»” (Rdz 3, 2-5). Niewiasta rozumie sens Bożego zakazu; wie też, że konsekwencją jego złamania jest śmierć. Konsekwencją, a nie karą, tak jak konsekwencją zjedzenia cyjanku potasu jest natychmiastowa śmierć. Do momentu rozmowy z wężem Ewa ma do Boga zaufanie i zachowuje Jego zakazy w duchu miłości, ponieważ rozumie, że jest On tym, który wie najlepiej czego potrzeba człowiekowi (por. Mt 6, 8) i co jest dla niego szkodliwe. Szatan nieodwracalnie burzy tę harmonię w relacjach człowieka z Bogiem, podważając to zaufanie Bożemu słowu: Bóg was oszukał, mówiąc, że pomrzecie, ponieważ jest zazdrosny o swoją władzę. Wie, że możecie być samowystarczalni jak On, kiedy weźmiecie to, co wam się należy. Zerwijcie owoc a wraz z nim Boże kajdany i bądźcie wreszcie tacy jak On! Ewa otworzyła swoje serce na truciznę diabelskiej argumentacji, przestała ufać Bogu i złamała Jego zakaz, po czym sama stała się kusicielką dla swojego męża. Grzech wszedł na świat. To dogłębnie fałszywe pragnienie samostanowienia wobec Boga, uważanego za pierwszego wroga naszej wolności, które syntetyzują słowa z „Raju Utraconego” Miltona: „bowiem lepiej być władcą w piekle niż sługą w Niebiosach”  jest całkowicie zanegowane przez pokorną postawę Pana Jezusa, o którym pisze św. Paweł: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 6-8). 

  Można się zastanawiać, dlaczego Bóg nie interweniował, kiedy upadły anioł, tak bardzo przewyższający inteligencją Adama i Ewę, wiódł ich ku upadkowi. Podobnie jak można się zastanawiać, dla czego w przypowieści Jezusa ojciec po prostu nie odrzucił bezczelnego żądania młodszego syna. Wszak miał nad nim pełną władzę. Mógł go ukarać, a nawet – w przypadku ciężkich przewinień – wydać starszyźnie, by skazała go na śmierć: „Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojca ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny, ojciec i matka pochwycą go, zaprowadzą do bramy, do starszych miasta, i powiedzą starszym miasta: «Oto nasz syn jest nieposłuszny i krnąbrny, nie słucha naszego upomnienia, oddaje się rozpuście i pijaństwu». Wtedy mężowie tego miasta będą kamienowali go, aż umrze. Usuniesz zło spośród siebie, a cały Izrael, słysząc o tym, ulęknie się” (Pwt 21, 18-21).  Tymczasem w momencie kuszenia prarodziców, wszechobecny Bóg pozostaje w milczeniu, zaś miłosierny ojciec z przypowieści, w sposób dla słuchaczy Jezusa niezrozumiały, czy wręcz skandalicznie nieroztropny, dzieli swój majątek między synów. W jednym i drugim przypadku Bóg szanuje w pełni wolną wolę człowieka, mimo, że z pewnością doświadcza cierpienia, znając konsekwencje nieposłuszeństwa ukochanego dziecka. Widzi, jak wychodzi ono z bezpiecznego domu i idzie w „dalekie strony”, gdzie czeka je żmudne życie pełne cierpienia i głodu, a na końcu śmierć: „w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!»” (Rdz 3, 17-19).

  Żyjąc w sposób niemoralny, młodszy syn bardzo szybko stracił kontrolę nad swoim życiem. Jak wielu innych przed nim i po nim przekonał się, że na pieniądzach nie można budować relacji międzyludzkich: gdy je przehulał został sam i bez środków do życia (gr. bios). W pewnym sensie stracił więc życie, które otrzymał od ojca, w jego wymiarze tożsamości i godności. Kiedy w kraju, w którym przebywał nastał głód, młodszy syn, przystał do „obywatela”, który zlecił mu pracę, zdawałoby się, najbardziej niewdzięczną i upokarzającą: wypas świń. Pasterze byli generalnie zepchnięci na margines społeczny, a świnie, jako zwierzęta nieczyste, czyniły nieczystym tego, kto się nimi zajmował. Młody człowiek zrobił to, aby przeżyć, ale i tu spotkał go zawód: najwidoczniej nie otrzymał żadnego wynagrodzenia i nie dane mu było nawet pożywić się karmą dla świń. Osiągnął dno, z którego nie miał szans się podnieść. Dopiero wówczas: upokorzony i skrzywdzony, mając w najbliższej perspektywie śmierć głodową, młodzieniec przypomniał sobie o ojcu. A raczej o dawnym życiu, które wiódł w rodzinnym domu. Zatęsknił nie za ojcowską miłością, ale za ojcowskim chlebem. Mimo wszystko, to właśnie w powrocie do domu, nawet w charakterze sługi swego ojca i starszego brata, upatrywał on swój jedyny ratunek. Ułożył sobie zatem zgrabną przemowę, w której wyrażał świadomość, że każde zło wyrządzone drugiemu człowiekowi, jest przede wszystkim złem wyrządzonym Bogu, oraz mniej lub bardziej autentyczną skruchę i  podjął drogę powrotną ze śmierci do życia.

  W tym momencie opowiadania na scenę powrócił ojciec. „A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: "Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem". Lecz ojciec rzekł do swoich sług: "Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi! Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się". I zaczęli się bawić” (Łk 15, 20-24).

  Zachowanie ojca wyraża głębię i niezmienność miłości Boga do człowieka. Ojciec pierwszy dostrzegł syna na jego drodze nawrócenia. Nie wiemy jak często wcześniej wychodził on z domu i spoglądał z tęsknotą aż po horyzont, wypatrując syna, którego nigdy nie przestał kochać. Tym razem wreszcie dostrzegł swoje młodsze dziecko, kiedy, pod każdym względem, było jeszcze „daleko” i jego serce przepełniło głębokie wzruszenie. Św. Łukasz posłużył się tutaj greckim czasownikiem „splanchnizo”, które odpowiada hebrajskiemu słowu „rachamim”. Słowa te oznaczają wzruszenie tak głębokie, że porusza ono wnętrzności. Jest to niejako umiłowanie całym sobą: wymiarem duchowym, psychicznym i fizycznym i stanowi wymowny wyraz prawdy o tym, że Bóg JEST Miłością. Jak pisze Izajasz: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49, 15).  W Ewangelii św. Łukasza czasownik ten występuje jeszcze w opowieści o wskrzeszeniu młodzieńca z Nain:  „Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego - jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: «Nie płacz!» (Łk 7, 12-13), oraz w paraboli o miłosiernym Samarytaninie: „Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. (…)Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go” (Łk 10, 30; 33-34). Wydarzenia te odnoszą się do stanu głębokiej niedoli człowieka, na którą Bóg nie pozostaje obojętny, lecz wchodzi w nią ze swoim miłosierdziem, które jest zawsze paschalne, to znaczy przenika sytuacje grzechu, cierpienia i śmierci, jednoczy je z cierpieniem Niewinnego Zbawiciela i wywyższa razem z Nim na krzyżu, uzdrawiając i uświęcając w mocy Ducha Świętego każdego, kto otwiera swoje serce na słowo Pana, któremu towarzyszy łaska wiary. To miłosierdzie jest zawsze „praktyczne” w wymiarze Bożym, to znaczy niesie w sobie dla człowieka najwyższe dobro, którym jest życie wieczne. To dlatego jedni zdają się być wysłuchani, kiedy proszą o uzdrowienie, uwolnienie z uzależnienia lub rozwiązanie wyjątkowo trudnej sytuacji życiowej, innym zaś, mimo wieloletnich, żarliwych modlitw, wydaje się, że nie doświadczają żadnej, oczekiwanej zmiany. W rzeczywistości zmiana na lepsze następuje zawsze i kiedy dane nam będzie stanąć przed Panem zrozumiemy, że żadna z naszym modlitw nie umknęła Jego uwadze, a jeżeli Bóg nie zabrał cierpienia nam lub naszym bliskim, to dlatego, że w Jego nieprzeniknionym planie zbawienia ludzkości miało ono swoje bardzo ważne znaczenie.

  Dalszy opis postępowania ojca względem niewdzięcznego syna musiał być nie mniej zaskakujący i oburzający dla słuchaczy Jezusa jak rozdzielenie majątku pomiędzy synów jeszcze za jego życia. Nie mieściło się im w głowach, by stateczny członek narodu wybranego, głowa rodziny, zdecydował się na podkasanie długiej szaty i bieganie, gdyż takie zachowanie musiało budzić śmiech i drwiny, oraz podkopywało jego autorytet. Jednak prawdziwym bogactwem kochającego ojca jest miłosierdzie, jak uczy św. Paweł: „Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia” (Ef 2, 4-5) i to pragnienie „przywracania nas do życia” każdego z nas przyćmiewa wszystko inne. Również względy religijne. Ojciec rzucił się na szyję nieczystego syna, przez co sam – według Prawa – stał się nieczysty. Następnie pocałował go, przywracając w ten sposób do godności syna, jako że pocałunek (gr. philema) był zastrzeżony dla członków rodziny lub najbliższych przyjaciół jako wyraz głębokiej intensywności uczuć miłości, przyjaźni, szacunku, oraz wierności żywionych w stosunku do bliskiej osoby.

  Wobec tego gestu wcześniejsze plany syna marnotrawnego straciły rację bytu, dlatego ojciec nawet nie słuchał jego wcześniej przygotowanej wypowiedzi. Sam fakt, że syn zdecydował się na jej wyrecytowanie świadczy o tym, że nie zrozumiał, iż ma do czynienia z całkowitym przebaczeniem, na które – jak doskonale wiedział – nie zasłużył. Dawno przestał myśleć o sobie jak o synu i jego zachowanie nie nadążało za postępowaniem ojca. Niewątpliwie był oszołomiony tym, co działo się wokół niego. Może powoli zaczynało do niego docierać, że podjął właściwą decyzję i jego problemy właśnie się kończą. Być może strach przed niepewnością jutra zaczął ustępować radości z powrotu do domu i uzyskania przebaczenia. Tymczasem ojciec kontynuował proces przywracania syna do życia. Kazał ubrać go w najlepszą szatę, chociaż ta była z zasady zastrzeżona dla niego – w ten sposób potwierdził jego synowską godność; polecił  włożyć mu na palec pierścień noszony przez najbliższych członków rodu, który był jednocześnie pieczęcią stawianą na dokumentach – tak przywrócił mu utracone zaufanie; wreszcie rozkazał założyć sandały na jego stopy – kolejny dowód na przywrócone synostwo i wolność, jako że w domu pana tylko niewolnicy i słudzy chodzili boso. Akt Bożego miłosierdzia, który Jezus opisał w przypowieści, jest działaniem trynitarnym, o czym uczy nas św. Paweł: „Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej” (Gal 4, 4-7).

  Radość ojca z odzyskania syna była tak wielka, że zapragnął on dzielić ją z innymi. Kazał zatem zabić i przyrządzić utuczone cielę, które starczyłoby na ucztę dla całej wsi. Tego właśnie pragnie szczęśliwy ojciec ilekroć wracamy do Niego nawróceni: „ucztować i bawić się”. Uczta jest w Piśmie świętym symbolem wiecznego przymierza Boga z ludźmi, które dokona się wraz z definitywnym pokonaniem śmierci: „Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win. Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć” (Iz 25, 6-8). Św. Paweł interpretuje to wydarzenie jako triumf Zmartwychwstałego Pana: „Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli. Ponieważ bowiem przez człowieka [przyszła] śmierć, przez człowieka też [dokona się] zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni, lecz każdy według własnej kolejności. Chrystus jako pierwszy, potem ci, co należą do Chrystusa, w czasie Jego przyjścia. Wreszcie nastąpi koniec, gdy przekaże królowanie Bogu i Ojcu i gdy pokona wszelką Zwierzchność, Władzę i Moc. Trzeba bowiem, ażeby królował, aż położy wszystkich nieprzyjaciół pod swoje stopy. Jako ostatni wróg, zostanie pokonana śmierć” (1 Kor 15, 20-26).

  Mówiąc o uczcie wydanej przez miłosiernego ojca z okazji odzyskania syna, Jezus bezpośrednio odniósł się do zarzutu faryzeuszów i uczonych w Piśmie, że „przyjmuje grzeszników i jada z nim” (Łk 15, 2). W rzeczywistości, jak pisze św. Łukasz, Pan jadał również z faryzeuszami i to niekoniecznie w miłej atmosferze: „Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili” (Łk 14, 1). Zważywszy choćby na przesłanie przypowieści o faryzeuszu i celniku (por. Łk 18, 9-14) eksperci od Pana Boga powinni byli zrewidować pojęcie kto jest prawdziwym grzesznikiem na swoją niekorzyść. Tymczasem pozostali oni ślepymi przewodnikami ślepych (por. Mt 15, 14) i właśnie o tej ślepocie i zatwardziałości serc mówił Jezus w dalszej części swojej przypowieści. „Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: "Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego". Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: "Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę". Lecz on mu odpowiedział: "Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się" (Łk 15, 25-32).

  Starszy syn, który wszedł w posiadanie dwóch trzecich majątku ojca i był tym, do którego „wszystko należy”, zareagował gniewem i zerwaniem więzi nie tyle na wieść o powrocie brata, ile w reakcji na zachowanie ojca. Nie chciał uczestniczyć w jego radości. Mimo, że to nie jego bezpośrednio skrzywdził marnotrawny syn i to nie jego majątek uległ podziałowi, to gardził on swoim bratem, nazywając go „ten syn twój”. W pewnym sensie, tak jak ojciec umarł dla młodszego syna, tak ten ostatni umarł dla starszego brata. Istotą jego pretensji było poczucie niesprawiedliwości i zazdrość.  Mimo, że ojciec wyszedł do niego, nazwał go „dzieckiem” i potwierdził jego pełne prawa do pozostałej części majątku, co powinno było rozwiać jego obawy przed kolejnym podziałem dóbr, starszy syn nie mógł się on pogodzić z tym, że jemu, który wiele służył Ojcu i zawsze był posłuszny jego nakazom,  ten nigdy nie wydał uczty, natomiast bez wahania wydał ją na cześć syna rozpustnika, który roztrwonił część rodzinnego majątku. Uderza sposób jego rozumowania: mi nie dałeś, jemu dałeś, w którym rozbrzmiewa fałszywa nuta infantylizmu. Starszy syn jest równie niedojrzały jak młodszy. Obaj zamknęli swoje serca w skorupie egoizmu. Jednak, podczas gdy młodszy syn boleśnie doświadczył konsekwencji swojego grzechu, przez co miał szansę zrozumieć jak bardzo potrzebuje więzi z ojcem i jak wielkie jest ojcowskie miłosierdzie, bez którego nie sposób przejść ze śmierci do życia, starszy syn był niezachwianie przekonany o swojej sprawiedliwości i bezgrzeszności wobec ojca, przez co bardzo szybko stał się jego sędzią, interpretując ojcowską radość z powrotu utraconego syna, jako manifestację nie miłosierdzia, lecz niesprawiedliwości. Zatem w jego zachowaniu i słowach rozbrzmiewają echa wężowego kuszenia z księgi Rodzaju: ojciec jest niesprawiedliwy wobec mnie i nie chce dać mi tego, co mi się należy. W rzeczywistości zatem starszy brat, podobnie jak syn marnotrawny, nie mając miłości, nie ma nic, a jego sprawiedliwość jest iluzoryczna.

  W ostatnim zdaniu przypowieści Jezus dobitnie zwraca się do „wiernych” i „posłusznych” faryzeuszy i uczonych w Piśmie, że „trzeba się weselić”. Św. Łukasz posługuje się słowem „edei”, które tu wyraża konieczność wynikającą bezpośrednio z odwiecznej woli Bożej. To samo słowo występuje w rozmowie Jezusa ze wspomnianymi wcześniej uczniami z Emaus: „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?” (Łk 24, 25-26). W ten sposób Pan jednoznacznie daje do zrozumienia, że Bóg cieszy się  z nawrócenia każdego z nas grzeszników, nawet jeżeli jest ono niedoskonałe, ponieważ w ten sposób dajemy Mu szansę do przemiany naszych serc i zbawienia naszych dusz. To zaś jest możliwe tylko wówczas, jeżeli będziemy słuchać Jego Syna, który cierpiał za nasze grzechy, aby nas wprowadzić do swej chwały.  

  Św. Jan Paweł II swojej encyklice o Bożym Miłosierdziu Dives in Misericordia pisze: „Jezus nade wszystko swoim postępowaniem, całą swoją działalnością objawiał, że w świecie, w którym żyjemy, obecna jest miłość. Jest to miłość czynna, miłość, która zwraca się do człowieka, ogarnia wszystko, co składa się na jego człowieczeństwo. Miłość ta w sposób szczególny daje o sobie znać w zetknięciu z cierpieniem, krzywdą, ubóstwem, w zetknięciu z całą historyczną „ludzką kondycją”, która na różne, sposoby ujawnia ograniczoność i słabość człowieka, zarówno fizyczną, jak i moralną. Właśnie ten sposób i zakres przejawiania się miłości nazywa się w języku biblijnym „miłosierdziem”. Chrystus więc objawia Boga, który jest Ojcem, jest „miłością”, jak to wyrazi w swoim liście św. Jan (1 J 4, 16), objawia Boga, który jest „bogaty w miłosierdzie”, jak czytamy u św. Pawła (Ef 2, 4). Ta prawda, bardziej jeszcze niż tematem nauczania, jest rzeczywistością uobecnianą przez Chrystusa. To uobecnianie Ojca: miłości i miłosierdzia, jest w świadomości samego Chrystusa podstawowym dowodem Jego mesjańskiego posłannictwa”.

  W tej samej encyklice ojciec święty tak pisze o Matce Przenajświętszej i jej wyjątkowej relacji do Bożego miłosierdzia: „Maryja jest równocześnie Tą, która w sposób szczególny i wyjątkowy — jak nikt inny — doświadczyła miłosierdzia, a równocześnie też w sposób wyjątkowy okupiła swój udział w objawieniu się miłosierdzia Bożego ofiarą serca. Ofiara ta jest ściśle związana z krzyżem Jej Syna, u którego stóp wypadło Jej stanąć na Kalwarii. Ofiara ta stanowi swoisty udział w tym objawieniu się miłosierdzia, czyli bezwzględnej wierności Boga dla swej miłości, dla Przymierza, jakie odwiecznie zamierzył, a w czasie zawarł z człowiekiem, z ludzkością — w tym objawieniu, które ostatecznie dokonało się przez krzyż. Nikt tak jak Matka Ukrzyżowanego nie doświadczył tajemnicy krzyża, owego wstrząsającego spotkania transcendentnej Bożej sprawiedliwości z miłością, owego „pocałunku”, jakiego miłosierdzie udzieliło sprawiedliwości (por. Ps 85 [84], 11). Nikt też tak jak Ona — Maryja — nie przyjął sercem owej tajemnicy, Boskiego zaiste wymiaru Odkupienia, która dokonała się na Kalwarii poprzez śmierć Jej Syna wraz z ofiarą macierzyńskiego serca, wraz z Jej ostatecznym fiat. Maryja jest więc równocześnie Tą, która najpełniej zna tajemnicę Bożego miłosierdzia. Wie, ile ono kosztowało i wie, jak wielkie ono jest. W tym znaczeniu nazywamy Ją również Matką miłosierdzia — Matką Bożą miłosierdzia lub Matką Bożego miłosierdzia, a każdy z tych tytułów posiada swój głęboki sens teologiczny. Mówią one o tym szczególnym przysposobieniu Jej duszy, całej Jej osobowości do tego, aby widzieć poprzez zawiłe wydarzenia dziejów naprzód Izraela, a z kolei każdego człowieka i całej ludzkości, owo miłosierdzie, które z pokolenia na pokolenie (por. Łk 1, 50) staje się ich udziałem wedle odwiecznego zamierzenia Przenajświętszej Trójcy”.
   
                                                                      Arek
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli nie chcesz być osobą anonimową odpowiadając na wpis, kliknij na: "Komentarz jako", wybierz "nazwa/adres URL" i wpisz swoje imię. To jest również, taka prośba z naszej strony.