Kroczący po
jeziorze Jezus objawił się jako wszechmocny Pan stworzenia, któremu posłuszne
są prawa przyrody. Jezus niejednokrotnie naginał je kierowany nieskończoną,
boską miłością do człowieka, która wyrażała się w Jego pełnej miłosierdzia
litości: tak było podczas wesela w Kanie Galilejskiej, gdy Jego Najświętsza Matka
skłoniła Go do przemiany wody w wino; tak było również na pustkowiu, kiedy
wzruszony nieustępliwością idących za Nim tłumów uzdrowił chorych, a następnie
nakarmił kilka tysięcy ludzi pięcioma chlebami i dwiema rybami.
Również
spacer Jezusa po wodach Jeziora Galilejskiego była powodowana troską o uczniów,
których wyprawił na drugi brzeg, po czy odprawił tłumy i udał się na modlitwę,
jak pisze św. Mateusz: „Zaraz też przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi
i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł
sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź
zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był
przeciwny” (Mt 14, 22-24).
Jak
pamiętamy, tłumy nie pozwoliły wcześniej Jezusowi przebywać osobno i teraz, gdy
je odesłał, odprawiwszy wcześniej uczniów, mógł wreszcie pogrążyć się w długiej
rozmowie z Ojcem.
Dla Jezusa osobista modlitwa była bardzo ważnym i z pewnością niezbędnym elementem Jego ziemskiego życia. Samotna rozmowa z Ojcem stanowiła swoiste „wcielenie” odwiecznego dialogu miłości Syna z Ojcem, którego „owocem” jest Duch Święty. Z niej Zbawiciel aż do ostatnich chwil agonii na krzyżu, nasz Pan czerpał siły do realizacji swojej zbawczej misji.
Dla Jezusa osobista modlitwa była bardzo ważnym i z pewnością niezbędnym elementem Jego ziemskiego życia. Samotna rozmowa z Ojcem stanowiła swoiste „wcielenie” odwiecznego dialogu miłości Syna z Ojcem, którego „owocem” jest Duch Święty. Z niej Zbawiciel aż do ostatnich chwil agonii na krzyżu, nasz Pan czerpał siły do realizacji swojej zbawczej misji.
Jezus podjął
jedyną drogę do uczniów płynących na „miotanej falami” łodzi, idąc po wodzie,
dominując w ten sposób jej niszczycielską siłę. Jednak reakcją uczniów był
strach , ponieważ brakowało im wiary: „Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego
po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa (gr. etarachthesan legontes hoti
Phantasma estin, dosł. poruszeni byli, mówiąc że: Zjawa jest) , i ze strachu
krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!
(Tharseite, ego eimi, me phobeisthe, dosł. Ośmielcie się, ja jestem, nie bójcie
się)»” (Mt 14, 26-27). Jezus, mówiąc o sobie „Ja jestem” nie tylko
wskazuje na swoją tożsamość Mistrza z Nazaretu, lecz przede wszystkim objawia
swoją Bożą naturę Twego, który przemówił z płonącego krzaku do Mojżesza, dając
początek dziełu wyzwolenia narodu wybranego z egipskiej niewoli. W Ewangelii
św. Jana Jezus jednoznacznie powiedział do Żydów: Zaprawdę, zaprawdę,
powiadam wam: „Zanim Abraham stał się, JA JESTEM (gr. prin Abram genesthai ego
eimi)” (J 8, 58).
Słowa Piotra
i jego późniejsze zachowanie wskazują na jego problem z pełnym zaakceptowaniem
bosko – ludzkiej tożsamości Jezusa; wskazują na problem wiary, nawet w obliczu
cudów, jakie tylko Bóg może dokonać: „Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli
to Ty jesteś (gr. Kyrie ei sy ei, dosł. jeśli ty jesteś)) każ mi przyjść do
siebie po wodzie!» A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po
wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy
zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!» Jezus natychmiast wyciągnął rękę i
chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, małej wiary?»” (Mt 14, 28-31). Wydaje
się, że Piotr rozpoznał Jezusa („Panie”), lecz zaraz wyraził zwątpienie („Jeśli
Ty jesteś”) i poddał Jezusa próbie, co było raczej domeną kusiciela („Jeśli jesteś
Synem Bożym…”), oraz przeklinającym Go gapiów („jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź
z krzyża!”). Nic więc dziwnego, że nawet pozwolenie Jezusa nie wystarczyło, aby
Piotr podszedł do Niego po falach. Strach wobec silnego wiatru, swoją drogą
racjonalny, okazał się silniejszy od zaufania. Dopiero gdy zaczął tonąć,
przerażony widmem śmierci Piotr zobaczył w Jezusie Tego, kim był naprawdę:
Zbawiciela i doświadczył Jego siły, gdy Pan chwycił Go i uratował. Obaj byli
jeszcze poza łodzią, stali na wzburzonych falach, jednak moc płynąca z
obecności Pana sprawiała, że nie było w tym momencie bardziej stabilnego i
bezpiecznego miejsca w całym wszechświecie.
Kobieta
kananejska znalazła się w takim samym stanie ducha jak tonący Piotr: Jezus był
jedyną szansą ratunku dla jej dziecka. Jednak jej sytuacja zdawała się być dużo
gorsza, ponieważ Pan okazywał jej obojętność, mimo że uznawał w Nim potomka
Dawida: „A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała:
«Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez
złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego
uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami!» Lecz On odpowiedział:
«Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».” (Mt 15,
22-23). Jej jedyną „bronią” była natarczywość, podobna do nieustępliwości
tłumów, które szły za Jezusem, mimo, że chciał zostać sam. Odpowiedzią na
milczenie Nauczyciela był krzyk rozpaczy matki, który stawiał Jego i uczniów w
złym świetle. Jezus zdawał się być niezachwiany w swoim postanowieni
wypełnienia woli Ojca, która polegała na posłudze w pierwszej kolejności
narodowi wybranemu.
Jednak
kobiety nie interesowały plany Jezusa. Była zdeterminowana i zrozpaczona, a
przy tym niezwykle rozsądna i mądra: „A ona przyszła, upadła przed Nim i
prosiła: «Panie, dopomóż mi!» On jednak odparł: «Niedobrze jest zabrać chleb
dzieciom a rzucić psom (gr. kynariois, dosł. szczeniętom) ». A ona odrzekła:
«Tak, Panie, lecz i szczenięta (gr. kunaria, dosł. szczenięta) jedzą z
okruszyn, które spadają ze stołów ich panów». Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O
niewiasto (gr. gunai) wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak
chcesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa” (Mt 15, 25-28). Rozpaczliwa
sytuacja, w której znalazł się Piotr była efektem jego małej wiary. Rozpaczliwe
wołanie Kananejki było wyrazem wielkości jej wiary, za którą szły płynące z
kochającego, matczynego serca słowa, na które sam Jezus nie znalazł innej
odpowiedzi jak uwolnienie dziewczynki spod władzy złego ducha. W tym
kontekście, skierowane do Maryi słowa anioła Gabriela: „Dla Boga bowiem nie
ma nic niemożliwego” (Łk 1, 37) nabierają wyjątkowego znaczenia: Bóg jest w
stanie zmienić swoje plany, jeżeli prosimy Go z głęboką pokorą, miłością i
niezachwianą wiarą. Kobietę kananejską upodabniała do Maryi, mimo oczywistych
różnic, pełna wiary ufność wobec cierpienia dziecka toczącego walkę ze złym
duchem. Jezus tę walkę stoczył na krzyżu, raz na zawsze pokonując Złego, z
którego mocy dziś wyrwał dziewczynkę.
Kananejkę
łączy z Matką Bożą również to, że Jezus nazwał ją „kobietą”. Był to wyraz
wielkiego szacunku, ponieważ Pan w ten sposób mówił do swojej Matki w momentach
szczególnych, związanych z Jego „godziną”. Tak było w Kanie Galilejskiej: „Czyż
to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto (gr. gynai, dosł. kobieto)? Czyż jeszcze
nie nadeszła godzina moja?” (J 2, 4), oraz na Golgocie: „Kiedy więc
Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do
Matki: «Niewiasto (gr. Gynai, dosł. Kobieto), oto syn Twój»” (J 19, 26).
Również św. Jan opisując swoje widzenie Niewiasty Maryi / Kościoła, pisze: „Potem
wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta (gr. gyne, dosł. niewiasta)
obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd
dwunastu” (Ap 12, 1).
Ostatecznie
to właśnie Najświętsza Maryja Panna, Matka Boleściwa, która pod krzyżem,
posłuszna woli konającego Syna przyjęła nas jako swoje dzieci, pokazuje nam
największy sens wiary i płynącą z niej moc, polegającą na zjednoczeniu w
zbawczym dziele z Tym, który jest jednością z Ojcem i Duchem Świętym. Św. Jan
Paweł II uczy nas, nawiązując do słów św. Elżbiety: „Błogosławiona, któraś
uwierzyła” (Łk 1, 45):
„To
błogosławieństwo osiąga pełnię swego znaczenia wówczas, kiedy Maryja stale pod
Krzyżem swego Syna (por. J 19, 25). Sobór stwierdza, że stało się to „nie bez
postanowienia Bożego”: „najgłębiej ze swym Jednorodzonym współcierpiała i z
ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem, z miłością godząc się (na to), aby
doznała ofiarniczego wyniszczenia żertwa z Niej narodzona”. W ten sposób Maryja
„utrzymała wiernie swe zjednoczenie z Synem aż do Krzyża”: zjednoczenie przez
wiarę. Przez tę samą wiarę, przez którą przyjęła objawienie anioła w momencie
zwiastowania. Wtedy też usłyszała: „Będzie On wielki (...) Pan Bóg da Mu tron
Jego praojca, Dawida. Będzie (...) panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego
panowaniu nie będzie końca” (Łk 1, 32-33). (…)
Przez tę
wiarę Maryja jest doskonale zjednoczona z Chrystusem w Jego wyniszczeniu. Wszak
„On (Jezus Chrystus), istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał (...), aby na
równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi,
stając się podobnym do ludzi”. A oto teraz, na Golgocie, „uniżył samego siebie,
stawszy się posłusznym aż do śmierci — i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 5-8). U
stóp Krzyża, Maryja uczestniczy przez wiarę we wstrząsającej tajemnicy tego
wyniszczenia. Jest to chyba najgłębsza w dziejach człowieka „kenoza” wiary.
Przez wiarę Matka uczestniczy w śmierci Syna — a jest to śmierć odkupieńcza. W
przeciwieństwie do uczniów, którzy uciekli, była to wiara pełna światła. Jezus
z Nazaretu poprzez Krzyż na Golgocie potwierdził w sposób definitywny, że jest
owym „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”, wedle słów Symeona. Równocześnie
zaś spełniły się tam jego słowa skierowane do Maryi: „A Twoją duszę miecz
przeniknie”.
Zaiste,
„błogosławiona jest Ta, która uwierzyła”! Te słowa Elżbiety wypowiedziane po
zwiastowaniu tutaj, u stóp Krzyża, osiągają swą definitywną wymowę. Przejmująca
staje się moc, jaką słowa te w sobie zawierają. Od stóp Krzyża zaś, jakby z
samego wnętrza tajemnicy Odkupienia, rozprzestrzenia się zasięg i perspektywa
tego błogosławieństwa wiary. Sięga ono do „początku” i jako uczestnictwo w
ofierze Chrystusa, nowego Adama, staje się poniekąd przeciwwaga
nieposłuszeństwa i niewiary, zawartej w grzechu pierwszych ludzi. Tak uczą
Ojcowie Kościoła, a zwłaszcza św. Ireneusz, cytowany w Konstytucji Lumen
gentium: „Węzeł splątany przez nieposłuszeństwo Ewy rozwiązany został przez
Maryi; co związała przez niewierność dziewica Ewa, to dziewica Maryja
rozwiązała przez wiarę”; w świetle tego porównania z Ewą, Ojcowie — jak
przypomina ten sam Sobór — nazywają Maryję „matką żyjących” i niejednokrotnie
stwierdzają: „śmierć przez Ewę, życie przez Maryję”(…).
Jeśli przez
wiarę Maryja stała się Rodzicielką Syna, którego dał Jej Ojciec w mocy Duch
Świętego, zachowując nienaruszone Jej dziewictwo, to w tejże samej wierze
odnalazła Ona i przyjęła ów inny wymiar macierzyństwa, który Jej Syn objawił w
czasie swego mesjańskiego posłannictwa. Można powiedzieć, że wymiar ten był
udziałem Matki Chrystusa od początku, od chwili poczęcia i narodzin Syna. Od
tego momentu była Tą, która uwierzyła. Jednak w miarę jak odsłaniało się Jej
oczom i duchowi posłannictwo Syna, Ona sama jako Matka otwierała się ku tej
„nowości” macierzyństwo, jakie miało stawać się Jej udziałem przy boku Syna.
Czyż nie powiedziała na początku: „Oto Ja, służebnica Pańska, niech mi się
stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38)? Przez wiarę słuchała w dalszym ciągu i
rozważała to słowo, w którym stawało się coraz przejrzystsze, w sposób
„przekraczający wszelką wiedzę” (por. Ef 3, 19) samoobjawienie się Boga żywego.
Maryja Matka, stawała się w ten sposób pierwszą poniekąd „uczennicą” swego
Syna, pierwszą, do której On zdawał się mówić „pójdź za Mną”, wcześniej niż
wypowiedział to wezwanie do Apostołów czy do kogokolwiek innego (por. J 1, 43).
Arek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli nie chcesz być osobą anonimową odpowiadając na wpis, kliknij na: "Komentarz jako", wybierz "nazwa/adres URL" i wpisz swoje imię. To jest również, taka prośba z naszej strony.