W dniu dzisiejszym byłem na pierwszych w tym Adwencie Roratach, które w mojej parafii są tylko w środy i soboty.
Godzina 6.34.. wchodzę do kościoła i idę do ławek z przodu niemal w ciemności... tylko wieczne lampki się świecą na ołtarzu, jakby pokazywały drogę do ławek z przodu kościoła, z których mamy mniej możliwości rozpraszania się tym, co za nami, czy z boku, bo Tabernakulum i Jezus są niemal tuż.
Jeszcze tylko trochę światło sprzed zakrystii rozświetla mrok.
O 6.40 kościelny zapala świecę roratną, światło na kościele rozbłyska, a jedna z osób podchodzi i zapala, od roratki, świecę w swoim lampionie. Organista intonuje Godzinki do Najświętszej Maryi Panny, wierni podejmują śpiew...
Pierwsze roraty... ciekawi mnie ile osób przyszło, czy jest ktoś z młodzieży, czy dzieci, ile lampionów przyniesiono? ...
Nie odwracam się jednak... na zakończenie się okaże.
Śpiew Godzinek, trochę w dialogu z organistą, trochę wszyscy razem dobiega końca.
Chwila przerwy, pieśń Maryja i rozpoczyna się Msza Święta... Dzień powszedni, ale po Ewangelii krótkie słowo kapłańskie jest.
Komunia Święta i widzę, że ludzie mijają mnie w dwóch szeregach i jest ich dość dużo. Obserwuję przechodzących obok mnie i cieszę się, że tyle osób przyjmuje Pana Jezusa do swojego serca... domu, rodziny. Młodzieży i dzieci jest, jak na lekarstwo, ale są. Sam podchodzę do Komunii na końcu, gdyż klękam przyjmując Jezusa i staram się nie robić zamieszania.
Co szczególnego zostało mi po tych Roratach?
Została mi wyraźna myśl, tak wyraźna, że po kilku godzinach siadam, żeby napisać słowo na stronę Modlitwy Wstawienniczej i ona jest we mnie: "szklanka jest do połowy pełna"




